Tag: samotność

  • Życie na własnych zasadach

    Życie na własnych zasadach

    Wstęp – Dla mojego syna

    Ta książka jest dla mojego syna.

    Piszę ją, bo wiem, że kiedyś stanie przed wieloma wyborami. Takimi, przed którymi ja też kiedyś stałem – czasem podejmując dobre decyzje, a czasem ucząc się na błędach. Chcę, żeby miał coś, do czego może wracać, kiedy będzie mu trudno. Coś, co pomoże mu nie zgubić siebie w lświecie, który często próbuje wcisnąć ludziom maski.

    To nie jest książka z odpowiedziami na wszystko. Nie ma tu recepty na życie. Ale są tu rzeczy, które sam chciałbym usłyszeć, kiedy miałem 15, 20, 25 lat. Są tu myśli, które pomogły mi przetrwać trudne chwile i utrzymać kierunek wtedy, kiedy wszystko dookoła mówiło: “Odpuść”.

    Nie zamierzam moralizować. Nie jestem święty. Ale wiem jedno – warto być kimś, na kim inni mogą polegać. Warto być kimś, komu nie trzeba dwa razy mówić, żeby wziął się za siebie. I warto żyć tak, żeby wieczorem móc spojrzeć sobie w lustro bez żalu.

    Ta książka jest osobista. Nie znajdziesz tu coachingowych haseł. Znajdziesz konkrety. Prawdziwe życie. Zwykłe, codzienne decyzje, które budują charakter. Albo go niszczą – jeśli człowiek przestaje uważać.

    A więc jeśli kiedyś będziesz ją czytał – wiedz, że to było dla Ciebie.

    A jeśli trafi w ręce kogoś innego – mam nadzieję, że też coś z niej weźmie.

    Rozdział 1– Motywacja to luksus, nie podstawa

    Motywacja to fajne uczucie. Potrafi pociągnąć człowieka do działania, jakby miał skrzydła. Jak masz ją w sobie, świat wydaje się prostszy. Łatwiej wstać z łóżka. Łatwiej powiedzieć „dam radę”. Ale prawda jest taka, że motywacja to luksus, nie strategia. Nie da się na niej budować życia.

    Pamiętam okres, w którym czekałem na motywację przez trzy miesiące. Każdego dnia wmawiałem sobie: „Jutro się zmobilizuję. Jutro pójdę na siłownię. Jutro coś zmienię.” A w praktyce leżałem przyklejony do kanapy, jadłem chipsy, przeglądałem telefon i oszukiwałem samego siebie. Motywacja nie przychodziła. A jak już przyszła, to okazało się, że przez ten czas przytyłem kilka kilo, a potem potrzebowałem kolejnych trzech miesięcy, żeby wrócić do formy.

    Możliwe, że wtedy byłem już na pograniczu depresji. Ale jedno wiem na pewno: gdybym nie czekał na motywację, tylko po prostu robił swoje – byłoby lepiej. Choćby po trochu. Choćby powoli. Nawet byle jak, ale do przodu. Bo działanie to nie efekt motywacji. To często jej warunek.

    To właśnie dlatego tak bardzo wierzę w dyscyplinę i rytuały. Nie dlatego, że jestem maszyną. Tylko dlatego, że już wiem, jak kończy się poleganie na „chceniu”. Nie zawsze Ci się chce. Nie zawsze masz energię. Ale jak masz nawyk, schemat, ramę, to chociaż coś zrobisz. Choćby kawałek.

    Motywacja przychodzi i odchodzi. Jednego dnia czujesz, że możesz wszystko. Drugiego dnia nie możesz wstać z łóżka. Ale jeśli masz system – na przykład: „wstaję rano, robię kawę, idę na rower” – to nawet w najgorszym stanie zrobisz minimum, które pozwala nie spaść na dno. I to często wystarczy.

    Większość ludzi, którzy odnoszą sukcesy, nie działają dzięki motywacji. Oni po prostu wiedzą, co mają robić – i to robią. Zmotywowani czy nie. W słońce czy w deszcz. Bez tej całej spiny o inspirację.

    Zacznij działać, a motywacja sama przyjdzie. Może nie od razu, może nie w euforii. Ale jak zobaczysz efekty – że się ruszasz, że nie stoisz w miejscu – to w głowie robi się jaśniej.

    Dla mnie największą motywacją nie jest już nawet „chcenie czegoś więcej”, tylko niechęć do wracania tam, gdzie byłem. Do tej kanapy. Do tego zmęczonego człowieka, który dzień w dzień przesuwał swoje życie na później.

    Rozdział 2 – Szacunek i granice. Jak nie być miękkim, ale nie być dupkiem.

    Szacunek to jedno z najważniejszych słów w życiu. Ale często się je źle rozumie. Bo nie chodzi o to, żeby być miłym dla wszystkich za wszelką cenę. Ani o to, żeby dominować i pokazywać swoją siłę na każdym kroku. Chodzi o to, żeby znać swoją wartość – i dawać ją też innym.

    Szacunek zaczyna się od siebie. Jeśli nie traktujesz siebie poważnie, inni też nie będą. Jeśli stale się uginasz, żeby tylko uniknąć konfliktu, to prędzej czy później ktoś zacznie cię traktować jak kogoś, kim można pomiatać. To się nie dzieje od razu. To się dzieje po cichu, małymi krokami.

    Ludzie testują granice. Nie wszyscy złośliwie – czasem po prostu sprawdzają, na co mogą sobie pozwolić. Jeśli nigdy nie mówisz „stop”, to dajesz im ciche pozwolenie, żeby iść dalej. I dalej. Aż pewnego dnia budzisz się i czujesz, że jesteś tylko cieniem samego siebie.

    Ale z drugiej strony – nie chodzi też o to, żeby chodzić z zaciśniętymi pięściami i warczeć na każdego. Prawdziwa siła to nie krzyk, tylko spokój. To pewność siebie, która nie musi udowadniać niczego na siłę. Czasem wystarczy jedno krótkie „nie”, żeby pokazać, że masz swoje granice.

    W relacjach – i prywatnych, i zawodowych – warto być konkretnym. Jasno mówić, czego się oczekuje. Reagować od razu, nie tłumić frustracji. I nigdy nie pozwalać sobie na to, żeby ktoś cię traktował gorzej, niż sam byś traktował innych.

    Można być uprzejmym i zdecydowanym jednocześnie. Można być wyrozumiałym, ale nie naiwnym. Można słuchać innych, ale nie zapominać o sobie. I warto się tego uczyć, bo świat nie zawsze będzie fair. A jeśli nie nauczysz się stawiać granic, to ktoś inny zrobi to za Ciebie – i niekoniecznie po Twojej stronie.

    Rozdział 3 – Dyscyplina: wybór, który robisz mimo wszystkiego

    Ludzie często mówią o dyscyplinie jak o czymś heroicznym. Że trzeba mieć żelazną wolę, że trzeba być twardym, że nie można się potykać. Ale prawda jest taka, że dyscyplina to nie jest bycie idealnym. To umiejętność powrotu na tor – nawet po tym, jak gdzieś z niego zjedziesz.

    Miałem w życiu momenty, które wcale nie pasują do obrazka „gościa z zasadami”. Zdarzało się, że w weekendy wpadałem w ciągi. Narkotyki. Imprezy. Pustka, którą się zapychało czymkolwiek, byle nie czuć. Gdyby ktoś mnie wtedy zobaczył – w niedzielę rano, z rozwalonym rytmem dobowym, bez energii, bez sensu – pewnie pomyślałby: kolejny, który się pogubił.

    I pewnie tak by było, gdyby nie jeden nawyk: zawsze, bez względu na to, co zrobiłem w weekend, szedłem w poniedziałek na siłownię albo wsiadałem na rower. Nieraz z kacem moralnym, z poczuciem wstydu, z głową pełną wyrzutów. Ale szedłem. Pompowałem krew, wypacałem brudy. To nie było bohaterstwo. To było ratowanie siebie przed stoczeniem się jeszcze głębiej.

    Właśnie w takich chwilach buduje się prawdziwa dyscyplina. Nie wtedy, gdy wszystko idzie gładko. Tylko wtedy, gdy masz sto powodów, żeby odpuścić – a i tak robisz to, co trzeba. Choćby nieidealnie. Choćby na 50%. Ale robisz.

    Zima. Godzina 5:30 rano. Jeszcze ciemno. W domu ciepło, kołdra przyklejona do pleców. I ten głos w głowie: Po co się zrywać? Kto ci każe? Ale wstajesz. Idziesz. Zakładasz ubrania treningowe albo kluczyki od auta i jedziesz rozwieźć ludzi do pracy, bo kierowca się nie zjawił. Nie dla poklasku. Nie dla lajków. Dla porządku, który sam sobie narzuciłeś. Dla wersji siebie, którą chcesz zbudować.

    Czasem tydzień kończy się po 60 przepracowanych godzinach, a Ty w piątek wieczorem myślisz, że padniesz twarzą w łóżko. Ale wtedy dzwoni klient: „Potrzebujemy ludzi na sobotę.” I co robisz? Jedziesz do biura. Ogarniesz, nawet jeśli miałeś inne plany. Bo wiesz, że jak Ty tego nie zrobisz, to nikt nie zrobi. I nie robisz tego z uśmiechem. Robisz to, bo taka jest Twoja robota. Taka jest Twoja dyscyplina.

    Bywało też, że odbierałem telefon na imprezie sylwestrowej. Wszyscy wokół bawili się, a ja gdzieś na uboczu rozwiązywałem jakiś problem, bo komuś coś się zawaliło. Czy miałem ochotę? Nie. Ale dyscyplina to nie pytanie o ochotę. To odpowiedź na pytanie: Co trzeba teraz zrobić?

    Czasami dyscyplina wygląda jak ciepła herbata o szóstej rano i zeszyt ze spisanymi celami. Ale częściej wygląda jak jazda do pracy, kiedy masz gorączkę, jak zamykanie laptopa o 23:00, mimo że masz ochotę olać wszystko i po prostu odpłynąć w jakąś łatwą przyjemność. Jak powiedzenie „nie” komuś, kogo lubisz, bo jego obecność rozwala ci rytm i zasady, które sobie ustaliłeś.

    Dyscyplina to nie bycie twardym 24/7. To bycie uczciwym wobec siebie. To nie szukanie wymówek. To stawianie się w swoim życiu, nawet kiedy nic nie działa jak powinno.

    I właśnie dlatego – choć miałem okresy słabości – nie straciłem do siebie szacunku. Bo nawet w najgorszych momentach, nie pozwoliłem tej dyscyplinie umrzeć. Trzymałem ją przy życiu. A potem ona pomogła mi przetrwać to, z czym sam bym sobie nie poradził

    Bo charakter buduje się nie wtedy, kiedy wszystko idzie gładko. Tylko wtedy, kiedy mimo oporu robisz to, co trzeba. Po raz setny. W ciszy. Bez aplauzu.

    Rozdział 4 – Samotność. Nie uciekniesz przed nią, ale możesz ją oswoić

    Samotność dopada każdego. Czasem w oczywisty sposób – kiedy jesteś sam w domu, wracasz z pracy i w mieszkaniu cisza. A czasem w tłumie – kiedy jesteś wśród ludzi, ale nikt Cię tak naprawdę nie rozumie. I nie ma znaczenia, czy masz partnerkę, rodzinę, ekipę dookoła. Są momenty, kiedy czujesz, że wszystko spoczywa tylko na Tobie. I to jest normalne.

    Problem w tym, że wielu ludzi nie potrafi tej samotności znieść. Robią wszystko, żeby ją zagłuszyć – telefon w rękę, serial, imprezy, używki, nowe znajomości na chwilę. Byle tylko nie zostać sam na sam z własnymi myślami. Ale prawda jest taka, że samotność to nie wróg. To test. To lustro.

    To w samotności zaczynasz słyszeć własny głos, a nie tylko opinie innych. To wtedy zaczynasz rozumieć, kim jesteś naprawdę, a nie kim próbujesz być dla świata.

    Nie chodzi o to, żeby całe życie przeżyć w samotności. Chodzi o to, żeby nie panikować, kiedy się pojawia. Żeby się jej nie bać. Bo jeśli nauczysz się z nią żyć, to stajesz się silniejszy. Niezależny. A jak jesteś niezależny, to nikt nie może Cię łatwo złamać.

    Ja też miałem okresy, kiedy czułem się oderwany od ludzi. Pracowałem, ogarniałem rzeczy, jeździłem na rowerze, ćwiczyłem, ale wewnętrznie byłem sam. I czasem bolało. Ale z perspektywy czasu wiem, że to były najcenniejsze momenty – bo właśnie wtedy dojrzewałem. Uczyłem się sam siebie. I uczyłem się, że nie zawsze ktoś Cię poklepie po plecach i powie „dobra robota”. Czasem sam musisz sobie to powiedzieć.

    Nie bój się samotności. W niej jest siła. Nie w ciągłym byciu zajętym. Nie w hałasie. Tylko w ciszy. Bo jeśli potrafisz wytrzymać ze sobą, to poradzisz sobie praktycznie wszędzie.

    Rozdział 5 – Branie odpowiedzialności: największy ciężar, największa siła

    Jedna z najtrudniejszych rzeczy w dorosłym życiu to powiedzieć: To moja wina. To ja zrobiłem. Ja zawaliłem. Ja mogę to naprawić.

    Ale właśnie wtedy, kiedy przestajesz zrzucać winę na świat, ludzi, dzieciństwo, pogodę i wszystko wokół – zaczynasz być wolny.

    Wielu ludzi całe życie szuka kogoś, kogo mogliby obwinić. Pracodawcy, rządu, rodziców, partnera. Wszystko byłoby dobrze, gdyby tylko…

    Tyle że w tym „gdyby tylko” można utknąć na zawsze. Odpowiedzialność boli, bo trzeba się przyznać. Ale daje coś dużo cenniejszego: poczucie kontroli.

    Stoicy mówili o tym już dwa tysiące lat temu. I robili to tak prosto, że do dziś te słowa robią robotę.

    Marek Aureliusz napisał kiedyś:

    „Cokolwiek robisz, najpierw zapytaj siebie: co się może wydarzyć, jeśli to zrobię? A potem, kiedy już się wydarzy – nie narzekaj.”

    Zdarzyła mi się kiedyś sytuacja, w której miałem podjąć twardą, logiczną decyzję – zwolnić pracownika produkcji, który nie tylko zawalał pracę, ale był notorycznie pijany i robił syf na firmowym mieszkaniu. Mieszkał tam z innymi pracownikami tymczasowymi, a jego zachowanie zaczynało wpływać na całą ekipę.

    Rozdział 8: Minuty, które zmieniają wszystko

    Zamiast go od razu zwolnić, usiadłem z nim do rozmowy. Powiedział, że ma ciężki okres, że się ogarnie, że to był jednorazowy wybryk. Dałem się przekonać. Może za bardzo chciałem wierzyć, że każdy zasługuje na drugą szansę.

    Kolejnego dnia – w weekend – musiałem spędzić cały dzień na odkręcaniu bałaganu, który po sobie zostawił. Zdemolował mieszkanie, nastraszył innych ludzi, kilku z nich nie chciało wracać na noc. Musiałem ich rozlokować, załatwić nowy transport, sprzątać, tłumaczyć się klientowi. Wszystko przez jedną decyzję, której nie przemyślałem chłodno, tylko dałem się złapać na litość.

    I wiecie co? To była moja wina. Nie jego. Bo to ja zdecydowałem, że zostaje. To nie on ustalał reguły. To był mój wybór – i moje konsekwencje. I właśnie o tym mówił Marek Aureliusz: jak już coś wybierzesz – nie narzekaj później, tylko zrób, co trzeba, i ponieś to jak facet.

    Odpowiedzialność to nie zawsze bycie „tym dobrym”. Czasem to bycie konsekwentnym. Z myślą nie tylko o jednej osobie, ale o całym zespole, o całej strukturze, o tym, co może się rozsypać, jeśli dasz się ponieść emocjom.

    Bo świat nie nagradza tych, którzy mają zawsze rację. Świat nagradza tych, którzy potrafią się pozbierać i pociągnąć temat dalej.

    Rozdział 6 – Trening ciała, hart ducha

    Trening to nie tylko ciało. To umysł. Charakter. Sprawdzenie, czy potrafisz być konsekwentny, kiedy nikt nie patrzy. Czy potrafisz wytrwać, kiedy boli. I czy umiesz zrobić swoje, nawet gdy wszystko krzyczy „daj sobie spokój”.

    Ludzie często zaczynają ćwiczyć, żeby wyglądać lepiej. I spoko – to może być pierwszy krok. Ale jeśli zostaniesz tylko przy tym, to szybko się wypalisz. Bo wygląd to efekt uboczny. Prawdziwa wartość treningu jest głębiej. W tym, co robi z Tobą wewnętrznie.

    Trening uczy cierpliwości. Nic nie przychodzi od razu. Nie zrobisz formy w tydzień. Nie zbudujesz siły w miesiąc. Ale jeśli regularnie, tydzień po tygodniu, robisz swoje – efekty przychodzą. I to nie tylko w lustrze. W głowie robi się większy porządek. W codzienności – więcej dyscypliny.

    Dla mnie trening to wentyl. To moment, kiedy wyrzucam z siebie presję, złość, zmęczenie. To czas tylko dla mnie. Bez maili, bez telefonów, bez problemów do rozwiązania. Tylko ciężar, oddech i skupienie. I za każdym razem, kiedy wychodzę z siłowni albo z roweru, czuję, że mam z powrotem kontrolę nad sobą.

    Nie musisz być kulturystą. Nie musisz robić ultramaratonów. Wystarczy, że regularnie się ruszasz. Że stawiasz sobie wyzwania. Że pokazujesz swojemu ciału i głowie, że Ty tu rządzisz – nie zmęczenie, nie lenistwo, nie wymówki.

    Bo właśnie wtedy, kiedy wchodzisz na trening mimo braku chęci, uczysz się najwięcej. I to nie jest tylko o silnych nogach czy mocnej klacie. To jest o tym, że jeśli potrafisz pokonać siebie tam, gdzie boli – to potrafisz to zrobić też w życiu. Na rozmowie o pracę. W trudnej decyzji. W kryzysie. Na zakręcie.

    Trening to narzędzie. Jeśli go używasz dobrze – budujesz nie tylko sylwetkę, ale i charakter.

    Rozdział 7 – Praca z ludźmi. Jak ogarniać zespół i nie zwariować

    Kiedy masz kilku ludzi pod sobą, możesz znać każdego z imienia, wiedzieć, kto ma jaki humor i co mu leży na sercu. Ale kiedy odpowiadasz za kilkadziesiąt albo sto osób, do tego masz klientów, logistykę i codzienny chaos – to już inna gra.

    Nie jesteś w stanie dać wszystkim tyle uwagi, ile by chcieli. I trzeba się z tym pogodzić. Ale możesz dać coś ważniejszego – stabilność i jasne zasady. Ludzie nie muszą Cię kochać, ale muszą wiedzieć, czego się po Tobie spodziewać. Jeśli wiesz, czego chcesz, działasz uczciwie i sam się nie boisz ubrudzić rąk – to masz moralne prawo wymagać od innych.

    Nie ma nic gorszego niż kierownik, który tylko wydaje polecenia zza biurka i unika odpowiedzialności. Taki może chwilę postać na stanowisku, ale zespół i tak go nie szanuje. A Ty, jeśli trzeba, sam wsiadasz w auto, załatwiasz sprawę, nosisz paczki, zawozisz ludzi. I to się liczy bardziej niż tysiąc słów

    Tu nie chodzi o bycie „liderem, który z każdym wypije kawę”. Tu chodzi o system, konsekwencję i umiejętność zarządzania w napięciu. Nie ogarniesz tego sam – musisz mieć ludzi, którym możesz delegować zadania. Ale trzeba też coś sobie powiedzieć wprost: zaufanie to nie naiwność.

    Można współpracować świetnie. Można się dogadywać, śmiać, mieć dobre flow. Ale zawsze warto mieć wewnętrzny bufor – trzymać dystans. Ludzie są różni. Dziś są po Twojej stronie, jutro są w sytuacji, w której – nawet bez złej intencji – mogą coś powiedzieć albo przekazać dalej, co obróci się przeciwko Tobie.

    Dlatego nie wszystko trzeba mówić. Nie wszystko trzeba komentować. I nie wszystko trzeba tłumaczyć. Zwłaszcza kiedy jesteś liderem – ludzie zapamiętują każde słowo, każdą reakcję, czasem wyrwane z kontekstu. A potem używają tego – niekoniecznie złośliwie, ale… używają. I to wystarczy, żeby coś się posypało.

    Zarządzanie ludźmi to też umiejętność budowania zdrowych granic. Jasnych. Bez emocji. Ludzie muszą wiedzieć, że mogą na Ciebie liczyć, ale że nie jesteś ich kumplem od piwa. Że jesteś fair, ale konkretny. Że nie wchodzisz w układy, nie faworyzujesz, nie plotkujesz.

    Ja sam nauczyłem się tego na własnych błędach. Były momenty, kiedy za bardzo się otworzyłem, bo chciałem mieć wokół siebie zespół, nie tylko „personel”. I czasem to wracało do mnie jak bumerang – w formie niedomówień, nieporozumień albo po prostu niepotrzebnych historii. Teraz robię swoje. Rozmawiam, szanuję, ale filtruję. I to się sprawdza.

    Na tej skali zarządzania nie chodzi o kontrolowanie wszystkich. Chodzi o to, żeby ustawić strukturę, która działa bez ciągłego gaszenia pożarów. I żeby nawet jak coś się sypnie – ludzie wiedzieli, że jesteś obecny, spokojny, konkretny.

    Nie musisz być „szefem idealnym”. Ale jak jesteś uczciwy, nie boisz się pracy i masz dystans do ludzi – to można ten burdel ogarnąć.

    Rozdział 8 – Życie w obcym kraju. Jak się odnaleźć i nie zgubić siebie

    Kiedy przyjechałem do Holandii, nie wiedziałem, czego się spodziewać. Miałem ze sobą plecak pełen zupek chińskich, 20 euro na dwa tygodnie życia, buty robocze i pożyczony od kolegi śpiwór. Pracę i mieszkanie miał zapewnić pracodawca – i to była jedyna rzecz, na której mogłem wtedy polegać.

    Byłem wystraszony. Bez pewności siebie. Dojechany przez życie i własne głupie decyzje. Zadłużone karty kredytowe, windykatorzy na głowie. Czułem się jak szmaciarz. Tak, właśnie tak to wtedy odbierałem – człowiek z niczym, szukający nie tyle pieniędzy, co w ogóle jakiegoś punktu zaczepienia.

    Nie znałem nikogo, nie wiedziałem, co mnie czeka. Ale coś we mnie powiedziało: „To jest moment. Albo teraz, albo nigdy.” I zacząłem od prostych rzeczy. Pierwszą wypłatę przeznaczyłem na siłownię, słowniki i książki do holenderskiego. Nie na imprezy, nie na nowy telefon. Na to, co mogło mnie podnieść z tego bagna, w którym byłem.

    Z angielskim niby byłem po szkole, ale w rzeczywistości potrafiłem tylko powiedzieć “yes”, “no”, “okay”. Dalej była blokada. Strach przed mówieniem, przed błędami. I tu dochodzimy do rzeczy, którą widzę u wielu Polaków – ta cholerna presja, żeby nie popełniać błędów. Bo jak coś powiesz źle, to od razu ktoś się zaśmieje, poprawi, rzuci komentarz. I człowiek się zamyka. Milknie. A milcząc – nie uczy się niczego.

    Spotykałem wtedy różnych ludzi. Często naprawdę spoko – pracowitych, inteligentnych, z sercem. Ale wielu z nich żyło od wypłaty do flaszki. Cały sens tygodnia kończył się na piciu, awanturach, głupich wybrykach. Jakby ktoś wyjechał z Polski po lepsze życie, a przywiózł tylko swoje nawyki i powtórzył dokładnie ten sam schemat – tylko w innym miejscu.

    Wtedy pomyślałem: po co? Po co wyjeżdżać z kraju, skoro nadal robisz wszystko, żeby tkwić w tym samym gównie? Jeśli Holandia daje możliwości – to ja je wykorzystam. I od tego momentu zacząłem myśleć o przyszłości. O tym, że można tu zbudować coś więcej niż tylko przeżycie z tygodnia na tydzień.

    Holandia nauczyła mnie organizacji, spokoju, konsekwencji. Nie wszyscy się tu zaprzyjaźnią, nikt nie poklepie Cię po plecach jak stary kumpel. Ale jeśli robisz swoje i jesteś solidny, to ten system zaczyna działać na Twoją korzyść. I to się czuje. Dzień po dniu.

    Ale trzeba uważać, żeby nie zniknąć w rutynie. Praca, dom, zakupy, serial, sen. I tak miesiące, lata. Czasem trzeba się zatrzymać i zapytać siebie: czy to nadal moje życie, czy tylko tryb przetrwania?

    Bo życie za granicą to nie tylko zmiana adresu. To zmiana kierunku. Albo pchasz się dalej w błoto, tylko w nowym miejscu – albo korzystasz z okazji, które naprawdę mogą Cię zmienić.

    Rozdział 9 – Nie bój się życia. Odwaga to nie brak strachu, tylko ruch mimo niego

    Każdy się czegoś boi. Strach jest normalny. To lęk przed zmianą, przed porażką, przed oceną innych, przed tym, że coś się nie uda. I nie ma w tym nic złego. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy strach zaczyna Cię zatrzymywać. Kiedy blokuje Cię na tyle, że stoisz w miejscu, choć wszystko w Tobie krzyczy, żeby ruszyć.

    Odwaga to nie jest brak strachu. Odwaga to decyzja, że mimo wszystko działasz dalej. Że nie potrzebujesz gwarancji sukcesu, żeby zacząć. Że nie musisz czekać na idealny moment, bo ten moment prawdopodobnie nigdy nie nadejdzie.

    Wiele razy w życiu podejmowałem decyzje, które mnie paraliżowały. Wyjazd za granicę. Zmiana pracy. Konfrontacje z ludźmi. Branie odpowiedzialności za innych. I za każdym razem miałem w sobie głos, który mówił: „Nie dasz rady.” Ale robiłem swoje. Ze strachem. Ze zwątpieniem. Z poczuciem, że to może być za dużo. I właśnie dzięki temu rosłem.

    Najgorsze, co możesz zrobić, to pozwolić, żeby strach Cię zamknął. W bezpiecznej, znajomej klatce. Może i wygodnej, ale ciasnej. Bo tam nie ma życia. Tam jest tylko przetrwanie.

    Czasem trzeba zrobić coś wbrew sobie – złożyć wypowiedzenie, wyjechać, zostawić toksyczną relację, stanąć w obronie kogoś, kogo wszyscy pomijają. I wiesz, że może Cię to coś kosztować. Ale właśnie wtedy budujesz kręgosłup.

    Nie zawsze się uda. Nie zawsze wszystko pójdzie dobrze. Ale każde odważne działanie, nawet nieudane, buduje Ciebie. A każda decyzja podjęta ze strachu – zabiera Ci trochę zaufania do samego siebie.

    Nie musisz być nieustraszony. Wystarczy, że będziesz szczery. I że będziesz potrafił spojrzeć w lustro i powiedzieć: „Zrobiłem, co trzeba – mimo że się bałem.” To jest właśnie odwaga.

    Rozdział 10 – Cierpliwość. Życie nie zawsze rozdaje dobre karty

    Ta noc nauczyła mnie czegoś ważnego.

    Chcę być sobą — nawet jeśli czasem oznacza to bycie samemu.

    Cierpliwość to jedna z tych rzeczy, które człowiek rozumie dopiero po czasie. Bo jak jesteś młody, głodny życia i sukcesu, to chcesz wszystko tu i teraz. I jak nie przychodzi po tygodniu czy miesiącu – to ciśnienie rośnie. Czujesz się, jakbyś robił wszystko na darmo.

    Ja też tak miałem. Czasem czułem, że robię wszystko jak trzeba – trzymam rytm, pracuję, ogarniam, trenuję – a efektów nie widać. I wtedy w głowie zaczyna się gra: może to bez sensu, może to nie działa, może lepiej odpuścić. Ale z czasem zrozumiałem, że właśnie w tych momentach najwięcej się buduje. Tylko że na zewnątrz jeszcze tego nie widać.

    To trochę jak przy stole pokerowym. Siedzisz godzinę, rozdanie za rozdaniem, i nic. Zrzucasz karty, bo każda ręka za słaba, nie ma sensu grać. A koledzy obok w emocjach – podbijają, śmieją się, zgarniają pulę. I wszystko w Tobie krzyczy: „Wejdź w to, nie siedź jak słup!” Ale jak masz cierpliwość, to wiesz, że bez mocnych kart – lepiej nie ryzykować. Bo jeden zły ruch i wypadasz z gry.

    I tak samo jest w życiu. Czasem trzeba odpuścić szybkie emocje. Zrezygnować z natychmiastowej nagrody. Siedzieć cicho, kiedy wszyscy wokół robią szum. Działać swoje – nawet jeśli na zewnątrz wygląda to nudno. Bo przychodzi moment, kiedy dostajesz dobre rozdanie. I jeśli wcześniej wytrzymałeś, nie straciłeś głowy, nie przepaliłeś sił – wtedy wchodzisz w grę z mocną ręką. I robisz różnicę.

    Cierpliwość to nie czekanie z założonymi rękami. To robienie swojego, kiedy nie widać efektów. To wiara, że praca ma sens, nawet jeśli nie daje od razu nagrody. I to coś, czego nie nauczysz się z książki. Tego uczą sytuacje, w których siedzisz w ciszy, dusisz frustrację i dalej robisz swoje.

    Dziś wiem, że największe rzeczy w moim życiu wydarzyły się nie dlatego, że miałem szczęście. Tylko dlatego, że nie odpuściłem, kiedy wszystko we mnie chciało już to zrobić.

    Rozdział 11 – Bycie sobą. Nie musisz grać nikogo, żeby być wystarczająco dobrym

    Przez długi czas próbowałem być kimś, kto „lepiej pasuje”. Czasem bardziej cichy i ułożony, czasem twardy na pokaz, czasem grzeczny, bo tak wypadało. I nie ma w tym nic wyjątkowego – prawie każdy przez to przechodzi. Ale z czasem zacząłem się łapać na tym, że im bardziej staram się dopasować, tym mniej jestem sobą.

    W pracy, w życiu, w relacjach – ludzie potrafią wyczuć, kiedy grasz. Możesz mówić mądrze, zachowywać się jak profesjonalista, być nawet lubiany. Ale jeśli w środku nie jesteś autentyczny, to zawsze będzie gdzieś napięcie. Z czasem to wypala.

    Największy spokój przychodzi wtedy, kiedy zaczynasz być sobą wszędzie, nie tylko tam, gdzie czujesz się bezpiecznie. Nie chodzi o to, żeby się obnosić z opiniami. Chodzi o to, żeby nie musieć ich chować. Żebyś mógł mówić, co myślisz, działać tak, jak uważasz, i nie przepraszać za to, kim jesteś.

    Oczywiście, to nie zawsze się podoba. Nie każdemu będziesz pasować. I to też jest okej. Bo jak próbujesz podobać się wszystkim, to w końcu jesteś nikim. Przezroczysty. Bez konturu. Bez charakteru.

    Dla mnie bycie sobą to też świadomość swoich mocnych i słabych stron. Nie udaję, że wszystko wiem. Czasem mówię wprost: „Nie wiem, ogarnę później.” Czasem coś zawalę. Ale nie udaję. I to jest wartość.

    Z wiekiem zrozumiałem, że prawdziwa siła to nie maska twardziela, tylko spokój człowieka, który zna siebie i nie musi niczego udowadniać. Może się uśmiechnąć, może powiedzieć „nie”, może przyjąć krytykę i się nie posypać.

    I jeszcze jedno – jeśli jesteś sobą, to przyciągasz właściwych ludzi. Takich, z którymi nie musisz nic udawać. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa relacja – czy to w pracy, czy w życiu prywatnym.

    Bo koniec końców nie chodzi o to, żeby być idealnym. Tylko o to, żeby patrząc w lustro, móc powiedzieć: „To ja. Może nie perfekcyjny, ale prawdziwy.”

    Rozdział 12 – Z kim przystajesz, takim się stajesz

    Jest takie powiedzenie: „Pokaż mi swoich znajomych, a powiem Ci, kim jesteś.” I im więcej przeżyłem, tym bardziej wiem, że to nie jest tylko slogan. To zasada życia.

    Jeśli otaczasz się ludźmi, którzy mierzą nisko, kombinują, wiecznie narzekają, to prędzej czy później zaczynasz robić to samo. Nawet jeśli masz inne ambicje. Bo to działa podskórnie. Zaczynasz zaniżać standardy, tolerować więcej bylejakości, mniej od siebie wymagać. I nagle budzisz się po roku, patrzysz w lustro i myślisz: „To nie ja.”

    Odpuszczenie znajomości, które Ci nie służą, to jedna z trudniejszych, ale i najważniejszych decyzji w dorosłym życiu. Nawet jeśli jesteś do kogoś przywiązany. Nawet jeśli wspomnienia są dobre. Bo nie chodzi o to, co było kiedyś. Chodzi o to, czy ta relacja Cię teraz buduje, czy ciągnie w dół.

    Czas leczy rany. Serio. Po paru miesiącach przestajesz się zadręczać. A co ważniejsze – robisz miejsce. Bo kiedy zamkniesz drzwi niezdrowym relacjom, otwierają się inne. I wtedy trafiasz na ludzi, którzy myślą podobnie. Którzy chcą więcej. Którzy Cię podciągają, a nie przyklepują Twoją bylejakość.

    Najlepszy przykład? Zawody Strong Viking Run. Nie trenowałem wtedy wcale. Ani specjalnie nie biegałem, ani nie robiłem przygotówek pod przeszkody. Na co dzień w ogóle nie biegam – po jednym kilometrze jestem spompowany i zwykle przerzucam się na marsz. A jednak na zawodach przebiegłem całą trasę – 19 kilometrów, nie przeszedłem ani na chwilę do marszu i nie odpuściłem żadnej przeszkody. Po wszystkim wsiadłem jeszcze na rower i zrobiłem dodatkowe 50 kilometrów

    Dlaczego? Bo przebywałem obok kogoś, kto nie zaniżał poprzeczki. Mój kolega, z którym byłem na tych zawodach, startował wtedy na dystansie 42 kilometrów – jednym z najtrudniejszych biegów terenowych na świecie. I ta świadomość dała mi dodatkowego kopa. Bo jeśli on bierze się za coś tak wymagającego, to dlaczego ja miałbym nie zrobić chociaż połowy? Nie miałem wymówek. Zmotywowało mnie to bardziej niż jakikolwiek filmik motywacyjny.

    Ale znam też drugą stronę tego medalu.

    Znałem osobę, która miała duże marzenia. Była zdolna, wrażliwa, mądra. Ale przez brak pewności siebie trzymała się z ludźmi, którzy mieli większe problemy niż ona – bo wtedy czuła się potrzebna. Czuła się lepsza. Nie sama. Ale ci ludzie byli pogrążeni w chaosie – zdrady, alkohol, używki, kłamstwa, zazdrość, ciągłe dramy. I wiesz co się stało? Zaczęło się to przytrafiać też jej.

    Ta osoba od zawsze była otoczona ludźmi z nisko postawioną poprzeczką. I nigdy nie podjęła decyzji, żeby to zmienić. Nigdy nie zrobiła kroku w stronę ludzi, którzy by ją podciągnęli. Może się bała. Może nie wierzyła, że pasuje. Ale efekt był taki, że lata mijały, a ona stała w miejscu. Nawet mając potencjał, który spokojnie mógłby ją zaprowadzić o wiele dalej.

    Zaczęła się gubić. Przejmować te same schematy. Bała się wyjść wyżej, bo tam czuła, że będzie oceniana. Wolała zostać tam, gdzie czuła się „silniejsza”. Tylko że to nie była siła. To był strach w przebraniu.

    Z kim przystajesz, takim się stajesz. Czasem wystarczy zmienić środowisko, żeby życie ruszyło do przodu. A czasem trzeba odciąć się od ludzi, których lubimy – żeby nie znienawidzić samego siebie.

    Wiem też, że nie zawsze otaczamy się „niewłaściwymi” ludźmi z wygody czy tchórzostwa. Czasem to po prostu bezpieczne środowisko, które znamy – nawet jeśli nam nie służy. Czasem to jedyne, co było w zasięgu.
    Ale prawda jest taka, że dopiero odcięcie się od tego, co nas trzyma w miejscu, pozwala ruszyć do przodu.
    Nie chodzi o ocenę. Chodzi o decyzję – świadomą, trudną, często bolesną – żeby postawić sobie poprzeczkę wyżej.
    A to wymaga odwagi.

    Rozdział 13 Linie na dłoni. Ślady drogi, którą sam wybrałeś.

    Na tej dłoni, którą widzisz, są linie – nie te z mapy, nie te z GPS-a. To są linie z życia. Nie dostałem ich na urodziny, tylko wyrysowały się z każdym wyborem, który podjąłem. Z każdym upadkiem, po którym się podniosłem. Z każdym dniem, w którym chciało mi się mniej, ale zrobiłem więcej.

    Zobacz – linia życia jest mocna. Bo ja nigdy nie uciekałem od wysiłku. Ciało mnie bolało, ale duch nie pękał. Czasem brakowało snu, czasem pieniędzy, ale nie brakowało kierunku. To nie linia mówi, jak długo będziesz żył. Ona tylko przypomina, że życie to nie komfort, tylko droga. A jak się już idzie – to z głową uniesioną, nie na skróty.

    Linia głowy? Równa i konkretna. Bo ja nie jestem od wielkich słów. Jest problem – to go rozwiązuję. Trzeba zarobić – to wstaję i robię robotę. Można się obrażać, można marudzić, ale decyzje trzeba podejmować. Nie zawsze są łatwe, ale zawsze moje. W tym tkwi wolność.

    Linia serca – powiem Ci tak: uczucia mam, ale noszę je jak nóż przy pasie – nie do pokazywania, tylko do działania. Serce się okazuje nie wtedy, kiedy się o nim mówi, tylko wtedy, kiedy się nim chroni innych. Czasem będziesz musiał być twardy, żeby być dobry. I to jest okej.

    A linia losu…? U mnie jej prawie nie ma. Bo ja nie wierzę w przeznaczenie, które pisze za mnie historię. Wierzę w wybory. Wierzę, że człowiek sam decyduje, gdzie postawić stopę, nawet jeśli ścieżka prowadzi pod górę.

    Z tej dłoni nauczyłem się jednego:

    Nie musisz być idealny. Masz być obecny. Codziennie. Dla siebie, dla innych. Nawet wtedy, gdy Ci się nie chce. Szczególnie wtedy.

    Bo synu – Twoje linie jeszcze się rysują. I może pewnego dnia spojrzysz na swoją dłoń i zobaczysz nie tylko skórę i kości, ale całą historię, którą sam napisałeś. Nie przez słowa. Przez czyny.

    Rozdział 12 – Nie miałem wzoru. Więc próbuje zostać nim sam.

    Wychowałem się we wsi. Nie w maleńkiej – raczej takim małym miasteczku, gdzie wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą.

    Ojciec interesował się głównie sobą, piwem i tym, żebym grał w piłkę. W piłkę grałem chętnie – byłem w tym dobry, a to był jedyny moment, kiedy ojciec poświęcał mi jakąś uwagę. Albo boisko, albo bar. Nie znałem go w innych kontekstach.

    Mama była tą, która dźwigała wszystko – pracowała za dwóch, ogarniała dom, próbowała utrzymać jakiś spokój. Ale nie miała czasu ani siły, żeby przytulać, wspierać, rozmawiać.

    To nie była jej wina. Też się wychowała bez ciepła. Nie miała przykładu, jak okazywać bliskość. Robiła, co mogła – i dziś to rozumiem.

    Nie piszę tego po to, żeby się nad sobą użalać. Piszę to, bo wiem, że wielu ludzi nie miało startu z pełnym wsparciem i dobrym przykładem. I często myślą, że to ich przekreśla.

    Ale prawda jest taka: to, że nie dostałeś wzoru – nie oznacza, że nie możesz nim być dla kogoś innego.

    Długo żyłem z poczuciem, że coś ze mną nie tak. Że może jestem zbyt twardy, zbyt zamknięty, zbyt nieufny. Ale zrozumiałem, że to nie jest problem – to są moje blizny, nie moje wady.

    Dziś staram się być kimś, kogo sam chciałbym mieć, kiedy byłem dzieciakiem.

    Nie zawsze mi wychodzi. Ale codziennie próbuję.

    Bo nie chodzi o to, żeby być idealnym.

    Chodzi o to, żeby przerwać łańcuch.

    Żeby nie powtórzyć tego, co Cię kiedyś bolało

    Rozdział 13 – Maska, którą sam sobie założyłem

    Nie pamiętam momentu, w którym zacząłem udawać, że nic mnie nie rusza. To nie była decyzja. To był mechanizm obronny.

    Wychowałem się w miejscu, gdzie słabość była śmieszna, a wrażliwość – niebezpieczna. Jak się nie śmiałeś z innych, to oni śmiali się z ciebie. Więc trzeba było się śmiać. Albo chociaż udawać, że nic cię nie rusza.

    W środku byłem innym człowiekiem. Wrażliwym dzieciakiem, który chciał być lubiany, zauważony, przytulony. Ale nikt nie miał na to przestrzeni. Matka pracowała do upadłego, ojciec pił, a rówieśnicy żyli w tym samym świecie bez miękkich miejsc.

    Zbudowałem więc zbroję. Zamieniłem lęk w złość. Wstyd w sarkazm. Smutek w obojętność. I tak minęło kilka lat. Niby silny. Niby niezależny. Ale wewnątrz rozpad.

    Później pojawiła się potrzeba zbawiania świata. Ratowania ludzi, pomagania wszystkim wokół – często bardziej niż sobie. Myślałem, że to altruizm. Ale to była desperacka potrzeba bycia potrzebnym, bo sam nie wierzyłem, że zasługuję na coś bez tego.

    Brak pewności siebie nie zawsze wygląda jak kulenie się w kącie. Czasem to właśnie ten typ, który wszystko robi sam, nikomu nie ufa, nigdy nie prosi o pomoc, bo w środku boi się, że jest nic nie warty.

    Czasem to ten twardziel z siłowni, który nie umie powiedzieć “nie wiem” albo “pomóż mi”.

    Zajęło mi lata, żeby zrozumieć, że to nie ja jestem problemem – tylko schemat, który powielałem. I że zmiana nie zaczyna się od świata. Zaczyna się od siebie.

    Wychodzenie z tego wszystkiego to był proces. Nie jeden przełom, tylko setki małych decyzji. Żeby mimo strachu – zadzwonić. Mimo zmęczenia – dokończyć. Mimo zranień – znów komuś zaufać.

    Każdy taki krok to wyjście ze strefy komfortu. A może raczej: ze strefy znajomego cierpienia.

    I wiesz co? To nie kończy się nigdy. Ale z czasem ta zbroja przestaje być potrzebna. A to, co kiedyś było demonem, staje się twoją siłą – bo wiesz, jak go oswoić.

    Z tymi demonami nie wygrywa się raz na zawsze.

    One nie znikają, tylko uczą się nowych sztuczek. I czekają, aż będziesz zmęczony. Zmęczony życiem, ludźmi, sobą. Wtedy najłatwiej popaść w to, co daje szybką ulgę – alkohol, narkotyki, hazard, ucieczkę w cokolwiek, byle nie czuć.

    Były momenty, kiedy te demony wygrywały rundę.

    Kiedy myślałem, że jak się upiję albo wypnę głowę w grze o pieniądze, to coś we mnie się zagłuszy.

    I na chwilę się zagłuszało.

    Ale potem wracało – tylko mocniejsze.

    Dlatego dziś nie udaję, że jestem od tego wolny. Ale wiem jedno: nigdy nie oddam im całej wojny.

    Każdy dzień, w którym wybieram siebie, swoje wartości, swoich ludzi – to kolejna wygrana bitwa.

    I choć czasem nogi się uginają, to trzymam się na nogach właśnie dlatego, że już wiem, co mnie może ściągnąć na dno.